Uri Ayalon: Uliczne odosobnienie w Tel Awiwie



Uri Ayalon: Uliczne odosobnienie w Tel Awiwie
(na angielski tłumaczyła Ruth Bar-Eden)


Mój ojciec uważa, że oszalałem.

Nie jest to zresztą nic nowego. Tylko szalona osoba może przecież twierdzić, że kapitalizm nie jest nam dany bezpośrednio od Boga. Tylko szaleniec może uważać, że dawanie i dzielenie się to podstawowe ludzkie instynkty, a życie poświęcone samopoznaniu, badaniu i przemianie jest lepsze niż życie nawykami i w komforcie.

W czasie święta Jom Kippur wybrałem się w podróż po południowej części Tel Awiwu - bez pieniędzy, bez komórki i bez śpiwora. Razem ze mną było dwadzieścia innych osób - równie szalonych jak ja (Na czele grupy stali Rabbi Ohad Ezrachi oraz Bernie Glassman, nauczyciel Zen. Niech żyją jak najdłużej! - z podziękowaniem za magię jaką z odwagą i pokorą wnoszą do życia). Zebrali oni grupę osób, które zapragnęły doświadczyć bezdomności przez trzy dni. Co za dziwny wybór tych, którzy mają dom, mają jedzenie i pieniądze.  Chcą bawić się w ubóstwo i żebranie? Les miserables de-shmates.

Bardzo ważne jest to, żeby od czasu do czasu rezygnować z przywilejów jakie posiadamy. Jest to równie ważne jak puszczenie wszystkiego. Pozwala to zobaczyć dostatek, który leży dokładnie za górami strachu. Dzięki temu odosbnieniu zorientowałem się, że resztki naszej kultury dobrobytu karmią bardzo różne style życia. Podróż ta nauczyła mnie także o różnorodności śmieci, chodzenia na boso, bycia przesiąkniętym śmieciami do samego szpiku kości. Nauczyłem się wąchać bezdomnego życia, smakować go i nie uciekać przed nim.
Pierwszego wieczoru poszedłem kupić sobie frytki do restaracji na Dworcu Autobusowym. Spotkałem tam Sharon. Urodziła się w Gruzji, jeszcze za czasów ZSRR, studiowała medycynę i nagle znalazła się na ulicy. Nałożyło się na to kilku powodów: schizofrenia, uzależnienie od narkotyków i alkoholu oraz historia miłosna, która z czasem zamieniła się w wojnę. Opieka socjalna zabrała jej czteroletnią córkę. Teraz znowu jest w ciąży, z Sudańczykiem. Towarzyszyła nam przez te kilka dni, zarażając nas swoim humorem i inteligencją, pokazała nam dwa miejsca: jedno z fontanną, w której była najlepsza woda do picia, drugie z materacami do spania.

Dołączył do nas także kompletnie pijany Yasser z Sudanu oraz Shachar - Etiopczyk nienawidzący wszystkich białych, który tylko w Parku Lewinsky czuje się jak u siebie w domu (Park ten, to miejsce okupowane głównie przez Afrykanów.). Yael została zgwałcona przez swojego brata w wieku lat 12, a następnie wyrzucona z domu przez rodzinę, która czuła się tym zhańbiona. W czasie nocnej wędrówki zobaczyłem prostytutki na ulicy. Wychudzone od heroiny wyglądały tak staro i na tak wykończone, że oddałem im i ich zagubionym klientom całe moje serce.

Zadaję sobie pytanie w jaki sposób moja praca, moja życiowa misja, odpowiada na potrzeby Sharon, Yassera i Yael? Mój przyjaciel Omer, prawnik, zwykł mi zadawać to pytanie, podkreślając, że dzięki swojej pracy przyczynia się do zwolnienia z aresztu średnio dwóch Afrykanów tygodniowo. A co ja robię? Bawię się w budowanie modeli, mając nadzieję i wierząc, że trzydzieści osób żyjących w pokoju, zaufaniu i wierze może zmienić świat?

W czasie tego weekendu zobaczyłem koniec drogi: śmierć końca epoki kapitalizmu i państw nacjonalistycznych. Mam urojenia, jestem szalony, naiwny i patetyczny, ale jestem też trochę ciekawy tej logiki, która zamieniła południowy Tel Awiw w Małą Afrykę. Czym są nasze socjalne, zdrowotne i kulturalne struktury, które do tego doprowadziły? Czy może być inne rozwiązanie tej skomplikowanej sytuacji niż przebudowanie od podstaw całego systemu? – granic, wartości, społecznych struktur? Ty, który jesteś skorumpowany, ty stałeś się okropny! Najwyższy czas na całkowitą zmianę!

Sharon i ja byliśmy jedynymi białymi w promieniu mili. W wigilię Jom Kippur, w ten najświętszy i najbardziej uświęcony dzień, poszedłem do synagogi w Parku Lewinsky, który stał się moim domem (Prawdę mówiąc, chodzenie do modnego Rotschild Bulvard stało się prawdziwym wyzwaniem.). W tej synagodze, ponownie doświadczyłem słownej przemocy, (uwaga redaktora: Sprzeczka wybuchła zaraz po tym, gdy przyjechał kantor spóźniony 30 minut. Człowiek, który go zastępował wrzeszczał na niego z powodu spóźnienia. Kantor wrzeszczał na człowieka, który go zastąpił za zbyt wczesne rozpoczęcie służby. Trwało to około 15 minut.) wynikłej z zasad i formalności panującymi między kantorem a pozostałymi zgromadzonymi. Czułem się tam mniej ugoszczony niż w zaułku Parku.

W czasie tego Jom Kippur, czułem się całkowicie pobity i załamny, płakałem. Mój stan był jednym z prezentów, jakie zabrałem ze sobą z naszej podróży – nie tylko odnowioną wiarę w upoważnienie do stworzenia nowego modelu społeczno-ekonomicznego dla nowego rodzaju społeczeństwa, realną alternatywę dla naszego obecnego, tonącego; nie tylko wzmocniłem swoją świadomość, że mogę żyć bez uzależnień i lęków, które dotychczas mocno były ze mną związane; nie tylko stale pogłębiającą się miłość wspólnoty i magię jaką ona oferuje (wspólne przekraczanie granic) – i pozostałem z tym prezentem ze złamanym sercem.

Przestałem się wściekać i zaprzyjaźniłem się z bólem. Pozostałem w miejscu ‘Nie Wiem’, w którym jest cierpienie, ból i niesprawiedliwość.

Nadal tam jestem.

Razem z nimi.

 

Tłum. Sabina Steckiewicz