Odwiązywanie



Małgorzata Braunek / „Tygodnik Powszechny” 01.07.2008

 

Małgorzata Braunek: Umieranie jest częścią istnienia, od tego nie można uciec. Kiedy jeździłam na rowerze do hospicjum, po drodze wpadałam do syna, żeby zobaczyć się z moim nowo narodzonym wnukiem. Ta droga była symboliczna – od narodzin do śmierci.

 

Nr 27 (3078), 6 lipca 2008

Katarzyna Kubisiowska: 60 lat to dobry moment dla kobiety?


Małgorzata Braunek: Dobry, bo ma się już wiele rzeczy za sobą, choćby młodzieńcze błędy i głupstwa, wypływające z lekkomyślności i ignorancji. Mniej dobry, bo wypełnia nas masa doświadczeń i życiowej mądrości, którymi chcielibyśmy się podzielić z innymi, ale nie mamy wystarczającej energii, by to robić. Czasami pozostaje tylko refleksja.
Nic Pani nie mówi o starzejącym się ciele.

No tak, z czasem staje się ono coraz większym problemem. Jako młoda kobieta w ogóle nie myślałam o tym, że je posiadam. Było i już. Co najwyżej pragnęłam schudnąć. Teraz moje ciało nie daje o sobie zapomnieć, wysyła sygnały, abym poświęcała mu więcej uwagi i czasu.
Nasza kultura odwraca się od starości. Stawia na młodość.

To naturalne: wolimy patrzeć na młody i piękny owoc niż na lekko przejrzały i pomarszczony. Ale starość to nie tylko nasza powłoka... Jako ludzie dojrzali sięgamy do naszej naturalnej mądrości, którą mamy od zawsze, tyle że wcześniej rzadko z niej korzystaliśmy.
Człowiek nie rodzi się białą kartą, z której dopiero z czasem może wyłonić się mądrość?

Tak jest. A jednocześnie człowiek doskonale wie, czego chce i jak to osiągnąć, już od pierwszych sekund życia. Np. płacze wniebogłosy, domagając się jedzenia, choć przez 9 miesięcy, gdy przebywał w łonie matki, wszystko, co było potrzebne do funkcjonowania, dostarczała mu pępowina. Kiedy następuje odpowiedni czas, sam zaczyna chodzić i mówić.
Czy właśnie ta odwieczna mądrość kilka lat temu zaprowadziła Panią jako wolontariuszkę do hospicjum onkologicznego?

Za ważne decyzje w naszym życiu na pewno odpowiada mądrość, a ta na pewno do takich należała. Była to niejako konsekwencja mojej praktyki, zanurzenie się w tym, z czym również miałam kontakt od dzieciństwa – graniczne sytuacje podczas kolejnych zawałów ojca, w końcu jego nagła śmierć, a potem zbyt wczesne odchodzenie wielu moich przyjaciół. Znam ludzi, którzy nigdy blisko nie zetknęli się ze śmiercią, choć mają już swoje lata. Moja karma jest inna. Na dodatek pogłębia ją buddyjska praktyka, w której jest miejsce na śmierć jako nieodłączną część życia. A także jej doświadczenie metafizyczne.
Co Pani robiła w hospicjum?

Myłam, karmiłam, podawałam picie, zmieniałam pieluchy. Robiłam to, czego wymagała sytuacja.
Chciała Pani tym ludziom z hospicjum przekazać coś szczególnego?

Życie szybko zweryfikowało moje wyobrażenia na ten temat, więc po prostu rozmawiałam z tymi, którzy tego oczekiwali, milczałam z tymi, którzy nie chcieli mówić. To były dla mnie niezwykłe spotkania, zawsze będę je pamiętać. Umierający ludzie są poza wszelkimi konwenansami, znika rutyna zachowań, bariery, powinności. Spotkanie z drugą osobą staje się czymś oczywistym – ktoś chce bliskości lub ją odrzuca. Nie ma niedomówień.
Niektórzy bardzo jej pragną. Inni kurczowo trzymają się życia, nawet jeśli ono ledwo się w nich tli. Ta uparta chęć trwania za wszelką cenę wiąże się z czymś bardzo ludzkim: silnym instynktem samozachowawczym oraz trzymaniem się wszystkiego, co z nim związane. Trudno jest na zawsze „odwiązać się” od ukochanych osób, miejsc i tego wszystkiego, czym nasiąknęliśmy podczas całego życia, również naszych poglądów. Dlatego mówi się, że dzieci łatwiej odchodzą. Choć nam, dorosłym, trudniej się z tym pogodzić.
Dla Pani ten proces odwiązywania jest łatwiejszy?
Trenuję to od lat z marnym jak na razie skutkiem. Ale czy praktyka zaowocuje w tym ostatnim momencie życia? Nie mam pojęcia.
Dlaczego wzięła Pani urlop od pracy w hospicjum?
W pewnym momencie strona cierpienia zaczynała we mnie dominować. Ciągle wsłuchiwałam się w swój organizm, jak tylko coś trochę dłużej mnie bolało, zadręczałam się myślą, że mam raka. Straciłam barierę ochronną, zaczęła mnie ta sytuacja przerastać. Mimo że praktykowałam i miałam w sobie gotowość do opieki. Widząc, jak duże trudności niesie kontakt z umierającymi, próbowałam dla siebie i dla pielęgniarek zorganizować grupę wsparcia. Wszędzie na świecie powstają takie grupy dla osób pracujących w hospicjum. Istnieją specjalne techniki, które pomagają przepracować obcowanie ze śmiercią i z bólem tak, aby życie nie przesiąkło nimi bez reszty. I aby nie ulec syndromowi wypalenia. Niestety, u nas pielęgniarki tak mało zarabiają, że są zmuszone do pracy na dwóch, a nawet trzech etatach. Nie mają czasu, aby zająć się sobą. Na takie spotkania przychodziły dwie, trzy osoby, ale były z nich bardzo zadowolone. Żałuję, że nie udało się tego zorganizować na większą skalę.
Wróci Pani do pracy w hospicjum?
Bardzo bym chciała – mam nadzieję, że praktyka mi w tym pomoże. Raz jeszcze chcę powtórzyć, że umieranie jest częścią istnienia, od tego nie można uciec. Kiedy jeździłam na rowerze do hospicjum, po drodze wpadałam do syna, żeby zobaczyć się z moim nowo narodzonym wnukiem. Ciągle myślałam, że tu się witam z życiem, a tam żegnam. Ta droga była symboliczna – od narodzin do śmierci.
Buddyzm głosi równość wszystkich istot na ziemi. Śmierć zwierzęcia i człowieka mają ten sam ciężar?
Zasadniczo śmierć dla wszystkich istot jest tym samym, a jednak większy ciężar ma odchodzenie człowieka, który w świecie manifestuje się w sposób szczególny, odciskając swoje piętno między innymi poprzez samokreację i tworzenie głębokich relacji. Dlatego ciężar naszego odchodzenia bezpośrednio wiąże się z tym, co udało nam się pozostawić po sobie, nie tylko w sferze materii, ale i ducha. Zwierzęta nie zostawiają po sobie widocznych śladów. To znaczy zostawiają, ale dla nas nie zawsze są one czytelne. Widoczne są wtedy, kiedy taka ukochana istota, przyjaciel, odciska ślad miłości w naszym sercu. Wówczas śmierć boleśnie nas dotyka.
Przez 30 lat nie miałam w ustach mięsa, ale moje ciało właśnie się o nie upomniało. Niedawno przeszłam ciężkie zapalenie płuc. Gdy już wydobrzałam, zapragnęłam napić się rosołu, którego od dziecka nie cierpiałam. Na wegetarianizm zdecydowałam się na początku buddyjskiej drogi, kiedy sama jeszcze nie wiedziałam, dokąd ona mnie poprowadzi. Pamiętam, że otrzeźwienie przyszło na planie filmu, w którym grałam. W jednej ze scen nad ogniskiem piekły się ryby ponabijane na pręt przechodzący przez ich pyszczki oraz całe ciało. Zrobiło to na mnie wielkie wrażenie. Drugi szok to obraz kobiety przypadkowo zobaczonej na ulicy, której szyję opatulał lisi kołnierz, taki ze zwisającym ogonem, łapkami i głową. Pomyślałam, co by było, gdyby jakieś inne stworzenia nosiłyby nas w charakterze etoli.
Ponad 60 lat temu naziści produkowali z człowieka mydło. Ilse Koch, nadzorczyni obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie, kazała szyć rękawiczki i abażury ze skóry zabitych więźniów, a stół, przy którym spożywała posiłki wraz z mężem i dziećmi, „zdobiły” specjalnie spreparowane czaszki służące za naczynia na sól i pieprz.
Od dwunastu lat organizujemy międzywyznaniowe Medytacje Oświęcimskie, na które przyjeżdżają ludzie z całego świata oraz kapłani różnych wyznań – rabini, imamowie, księża, buddyjscy mnisi. Te spotkania poświęcone są tym, którzy cierpieli i ginęli w obozie; przypominają też, do czego jest zdolny człowiek nieszanujący różnorodności i równości wszystkich istot na ziemi.
Z pewnej perspektywy Auschwitz trwa odwiecznie: nie ma przeszłości, nie ma przyszłości, jest tu i teraz. Intencją naszych medytacji jest to, aby energię takich miejsc leczyć i przekształcać.
Czuła Pani w trakcie medytacji, że ona leczy?
Bardzo mocno. Szczególnie w pierwszych latach. Kiedy spędzaliśmy noc na terenie obozu, słyszałam przeraźliwe krzyki rozlegające się pośród absolutnej ciszy. Jakiś czas później rozmawiałam z byłym więźniem Oświęcimia, który mówił, że w obozie z rozmaitych stron, dzień i noc, dochodziły potworne, nie do zniesienia wrzaski. Trudno to opisywać, tym bardziej zrozumieć. Przynajmniej na chwilę trzeba stać się tym ogromnym cierpieniem, aby proces uzdrawiania mógł nastąpić. Umysł tego nie obejmie.
Trudno przyjąć buddyjski dogmat o prawie karmicznym. Pomordowani w obozach mieliby w ten sposób „zapłacić” za złe uczynki z poprzedniego życia.
Człowiek cały czas pozostaje w relacji z otoczeniem, nawet gdy obcuje tylko ze swoimi myślami. Żelazna konsekwencja tego jest taka, że nie ma skutku bez przyczyny. Na to, kim jestem teraz, jaką mam płeć, życiorys, los, składa się mnóstwo przyczyn, które pozostaną dla mnie tajemnicą. Mówiąc szczerze, nawet nie chcę jej znać. Ale akceptuję ten skutek. Nie znaczy to, że nic nie mogę z nim zrobić, przecież mogę go przepracować. Mamy karmę indywidualną, ale też karmę zbiorową. I jesteśmy odpowiedzialni za los nie tylko własny, ale nas wszystkich, żywych i zmarłych.
Nie wiem, wiem tylko, że trzeba coś robić. Krzywda jest wpisana w nasze życie. Nie da się jej ominąć, zawsze kogoś skrzywdzimy. Nie ma innej możliwości. Proszę tylko spojrzeć, co się dzieje, gdy idziemy po trawie: ile stworzeń uda nam się po drodze zadeptać. Ważne jest, aby tę krzywdę minimalizować. Trzeba być świadomym, że nie sposób jej uniknąć i gdy można ją naprawić, bez wahania trzeba to czynić.
Pochodzi Pani z protestanckiej rodziny, w której cierpienie, jak w całym zresztą chrześcijaństwie, odgrywa rolę kluczową.
Zawsze żartuję, że z ojca katolika i matki protestantki, aby było sprawiedliwie, wyszła buddystka. W dzieciństwie byłam wychowywana jako ewangeliczka i miałam z tego powodu poważne problemy wśród rówieśników. Czasami nieźle mi się dostawało od młodziutkich kandydatów na „prawdziwych Polaków” za niechodzenie na lekcje religii, no i za niemiecke nazwisko. Moja córka również nie chodziła na religię, ale to był jej osobisty wybór. Po wysłuchaniu kilku katechez stwierdziła, że to nie to. Potem dzielnie znosiła konsekwencje swojej decyzji: borykała się z koleżankami, które przy każdej najmniejszej kłótni oskarżały ją, że nie wierzy w Boga i Pana Jezusa.
Mówi to Pani, jakby nic się pod tym względem nie zmieniło.
Bo zmieniło się niewiele. Dalej prawdziwy Polak to katolik, a nie jakiś protestant, uchowaj Boże żyd, nie mówiąc już o buddyście! Do niedawna buddysta to był nawiedzony odmieniec ćwiczący jogę czy kung-fu.
Wciąż nie mogę pojąć, dlaczego dla protestantki w katolickim kraju zaczyna być bliska kompletnie tu nieznana religia Wschodu.
W pewnym momencie życia straciłam wiarę. To znaczy nie straciłam jej, ale tak mi się wydawało, bo zaczęłam szukać innej ścieżki. Akurat wtedy w Polsce zaczęły być modne wschodnie klimaty, to był taki spadek po dzieciach-kwiatach. Buddyzm zen stał mi się bliski, bo skupia się na najważniejszym pytaniu: kim jestem? Jest równocześnie bardzo osadzony w rzeczywistości, jak i w doświadczeniu głęboko mistycznym.
Chrześcijanina zbawia Bóg. W buddyzmie człowiek zbawia się sam. To Panią też pociąga?
Buddyzm to jest wielka duchowa przygoda z samym sobą. Nie są istotne dogmaty, a praca, którą się wykonuje. Mówiąc krótko, chodzi o to, żeby poznać siebie i odkryć, że jestem Wielką Tajemnicą.
W takim razie buddyzm to ćwiczenie ducha czy religia?
Jedno ściśle wiąże się z drugim. Im więcej praktykuję, tym więcej mam jasności, gdyż poszerza się moja percepcja i świadomość.
Wiem, że istnieje wymiar boski, że jest transcendencja, absolut, nie potrafię go jednak opisać. Gdybym potrafiła, to by nim przestał być, prawda? Więc wiem, że nie wiem.
Po co więc ten cały wysiłek?
Po to, aby być bliżej życia. Tego, co ono niesie: bólu i radości. Poprzez medytację mam lepszy kontakt ze światem i z moim życiem, pozbywam się fałszywych wizerunków i wyobrażeń, które umysł nam narzuca, a my wszelkimi możliwymi sposobami próbujemy dopasować do nich rzeczywistość.
A jak to się ma do prawdziwego stanu rzeczy? Stąd bierze się rozczarowanie i smutek.
Jest Pani nauczycielką buddyjską. Co to w praktyce oznacza?
Stałą gotowość do pomocy i posług osobom praktykującym – prowadzenie odosobnień medytacyjnych, udzielania chrztów, ślubów, prowadzenia uroczystości pogrzebowych. Przede wszystkim trzeba dużo praktykować i mieć świadomość, że nic nie można zatrzymać dla siebie. Że trzeba się dzielić, bo na tym polega życie. Funkcjonujemy w nieustannej wymianie: dostajemy i zwracamy. Jak w oddychaniu.
Buddyzm dla kobiet jest bardziej demokratyczny niż katolicyzm?
Tylko dlatego że wywędrował na Zachód; na Wschodzie jest wciąż bardzo patriarchalny. Przekaz dostawali wyłącznie mężczyźni. Na samym początku Budda w ogóle nie chciał wyświęcać kobiet na mniszki. Ale pamiętam, jak już 25 lat temu mistrz Dae Soen Sa Nim mówił, że nadchodzi era kobiet. 
Nadeszła?
Oczywiście. Może nie jest to szczególnie widoczne w formalnych strukturach, ale odczuwa się to podskórnie, w nastrojach, w fermencie. Kobiety stają się teraz prężne i mocne, mężczyźni słabną, zaczynają szukać na nowo swego miejsca. Ale to jest chwilowe zamieszanie, które zmieni się, jestem o tym przekonana. Nadejdzie stan równowagi.
Pani w to wierzy? Struktury patriarchalne mają tysiące lat. A kobiety jeszcze 100 lat temu nie mogły głosować.
Wydaje się to mało prawdopodobne, gdy weźmiemy pod uwagę naszą naturę. W ludziach nie ma równowagi, więc tworzą niedoskonałe społeczności. Niedoskonałością jest też przecież matriarchat. Jednak tak dużo i tak błyskawicznie teraz się zmienia, że wierzę, iż pierwiastek męski i żeński, jak jin i jang, będą kiedyś koegzystować w doskonałej harmonii.
W moim przypadku się nie dało. I dobrze, bo mogłam dzięki temu bardziej skoncentrować się na jednym, czyli na praktyce. A dzisiaj, kiedy już przepracowałam swoje aktorskie uzależnienia, mogę powrócić do tego, co w gruncie rzeczy lubię robić. I dopiero teraz granie sprawia mi prawdziwą przyjemność.
Gdy ogląda Pani swoje stare role, myśli Pani: „to ta kobieta, która kiedyś była mną”?
Jak już mam okazję się oglądać, bo na ogół tego nie robię, to jestem przede wszystkim zdumiona, że minęło od mojego debiutu ponad 30 lat. Tak dużo się w tym czasie wydarzyło, a tak szybko to zleciało. A do siebie ekranowej nie mam żadnego emocjonalnego stosunku, patrzę z dystansem, prawie jak nieznaną osobę. I to mi się nawet podoba!
Małgorzata Braunek (ur. 1947 r.) jako aktorka zadebiutowała w 1968 r. w „Żywocie Mateusza” Witolda Leszczyńskiego, potem wystąpiła m.in. w „Polowaniu na muchy” (1969) i „Krajobrazie po bitwie” (1972) Andrzeja Wajdy, „Lokisie” (1970) Janusza Majewskiego, „Trzeciej części nocy” (1972) i „Diable” (1972, premiera 1988) Andrzeja Żuławskiego. Była Oleńką w „Potopie” Jerzego Hoffmana (1974) i Izabellą Łęcką w „Lalce” Ryszarda Bera (1977). Wystąpiła w „Darmozjadzie polskim” (1997) Łukasza Wylężałka oraz „TuliPanach” (2004) Jacka Borcucha. W roku 1979 wspólnie z mężem Andrzejem Krajewskim rozpoczęła praktykę buddyjską. Jest członkiem Zakonu Pokoju (Zen Peacemakers). Od 1992 r. prowadzi Polską Sanghę Kanzeon. W 1999 r. otrzymała Denkai, stając się kapłanem zen, mającym prawo udzielania ślubów i pogrzebów. W 2003 r. otrzymała Przekaz Dharmy (Shiho) i tytuł Sensei.

Ludzie są gotowi na śmierć?

Jest Pani wegetarianką?

Tak wielką krzywdę można odkupić?