Moc Samadhi



Genpo Roshi

Moc Samadhi

 

Często jestem pytany o to, jak wygląda moja obecna praktyka. Czym różni się od tej z przeszłości. Prawdę mówiąc, w ostatnich latach moja praktyka zmieniła się diametralnie. Przez jakiś czas siedziałem znacznie mniej niż kiedyś, zarzuciłem regularne codzienne zazen, po to tylko, aby się przekonać, że ono nie porzuciło mnie. Zazen wróciło do mnie z nową siłą ‒ czerpię z niego dużo radości; daje mi poczucie spełnienia większe, niż kiedykolwiek.


Jeszcze niedawno siedziałem w pozycji lotosu, ze skrzyżowanymi nogami, z prostym kręgosłupem, bez podparcia. Moja obecna pozycja wygląda zupełnie inaczej, a ja kocham siedzenie jeszcze bardziej. W trakcie medytacji jestem bardzo natuarlny i rozluźniony. Medytuję najczęściej na krześle lub sofie, nie krzyżuję nóg, stopy opieram na podłodze. Plecy wspieram na oparciu krzesła lub sofy. Siedzę wyprostowany, ale w żadnym razie nie usztywniony. Wszystko jest rozluźnione a pozycja wygodna.


Maezumiego Roshi powtarzał: „Siedź wygodnie”; nie miał jednak na myśli podpierania pleców. Być może ponieważ się starzeję, odkryłem, że w pozycji bez skrzyżowanych nóg i z podpartymi plecami mogę się całkowicie rozluźnić i nie odczuwać nigdzie bólu.


Zazwyczaj siedziałem bez doświadczania bólu od 40 do 60 minut. Obecnie często jedna runda to 2-3 godziny, w czasie których nie czuję bólu. Czasem jest to shiikantaza, puszczam ciało i umysł, czasem siedzę z intencją lub koanem, innym razem z wybranym głosem lub w samadhi.


Siedzę nie oceniając mojego siedzenia, bez żadnych preferecji bycia przebudzonym nad byciem nieprzebudzonym, uważnym nad byciem nieuważnym, świadomym nad byciem nieświadomym – bez żadnego celu czy tematu, dążenia czy powodu. Siędzę wyprostowany, rozluźniony, wygodnie i naturalnie. Nie ma w tym ani obserwatora, ani świadka, jedynie głęboki, pełny relaks każdej komórki, każdego atomu mojego ciała. Jest to samadhi błogości i radości. Jest to ‘puszczanie puszczania’. W tym siedzeniu nie ma ‘ja’;  jest tylko ‘już na drugim brzegu’. Chwilami nie ma nikogo, kto byłby świadomy lub nieświadomy, przebudzony czy nieprzebudzony, przychodzący czy odchodzący, wiedzący czy niewiedzący, myślacy czy niemyślący, a nawet będący ‘już poza’.


Włączam też bardzo osobistą, ceremonialną praktykę, w której ofiaruję swoje modlitwy i zazen innym, oddaję w pokorze pokłony, zapraszając lub prosząc o kierownictwo i asystę wszystkich Buddów, Bodhisattwów, Mahasattwów i Strażników. Jest to moja wersja pokuty i skruchy. Uświadamiając sobie, że jako ‘Ja’ jestem tylko małym okruchem w kosmosie, będąc świadomy swojej bezbroności i kruchości oraz własnych ograniczeń, zapraszam do siebie moc silniejszą niż ‘Ja’. Poddaję się, poddaję moją wolę temu, co jest większe niż moje ego.


Wraz z wiekiem obserwuję własne ograniczenia i arogancję, która przejawia się w myśleniu, że mogę To zrobić zupełnie sam. Utknąłem w tym wiele razy, arogancko sądząc, że dzięki swojej sile i woli sam wszystkiego dokonam. Musiałem nauczyć się ‒ koan Trzydziestu Ciosów Tokusana ‒ że bez względu na to, co zrobimy, i tak dostaniemy cięgi, że życie nas doświadczy i pokona. Musiałem się więc kompletnie poddać, uświadamiając sobie, że nie istnieje nic, co mógłbym zrobić zupełnie sam.
Pozostaje nam poddawanie się, z chwili na chwilę.


01.09 2014
Tłumaczenie: Sabina Steckiewicz, Andrzej Krajewski